Synthy

•16/12/2018 • Dodaj komentarz

No i wsiąkłem totalnie. Podczas gdy jeszcze rok, czy dwa lata temu można było mnie usłyszeć gadającego w kółko o preampach i kompresorach (nadal mogę!), tak teraz zupełnie pochłonęły mnie syntezatory – sam jestem ciekawy, co będzie następne. I to nie tak, że to się stało tak z dnia na dzień, bo używałem ich od wielu lat, ale na pewno nie byłem ich tak świadomy. I nadal nie jestem, nie wiem o nich niemal nic, poza tym, że upodobałem sobie kilka brzmień pożądanych przeze mnie w mojej muzyce. …Z tą muzyką jednak to nie do końca tak, bo, jak to głoszą pewne internetowe grupy skupione wokół tematu, syntezatory się kolekcjonuje i o nich rozmawia, a nie gra. I powoli się na tym łapię.

Przerobiłem już kilka z nich, wiele jeszcze przede mną, niestety część jest poza zasięgiem, bo albo trudno je znaleźć, albo kosztują krocie, albo jedno i drugie. Oto lista:

OBECNIE:

DSI Mopho x4

KORG DS8

YAMAHA SY-35

DAWNIEJ:

MOOG Minitaur

KORG MS-20 mini

KORG Volca Keys

KORG R3

NEUTRON

W najbliższej przyszłości planuję sięgnąć m. in. po Roland Se-02, Korg Minilogue, i być może Novation Bass Station 2. Te dwa ostatnie rozważałem już dawniej, ale zamiast Korga udało mi się zakupić DSI Mopho x4, a wszystkie znaki na ziemi wskazywały, że Moog Minitaur będzie lepszy niż Novation Bass Station i zresztą słusznie, jednak coś mnie korci, żeby dać szansę temu drugiemu (zwłaszcza po ostatnim updacie, dzięki któremu jest parafoniczny). Oprócz monofonicznych syntezatorów analogowych (typowo basowych lub niekoniecznie) zauważyłem, że najbardziej kręcą mnie analogi z początku lat 82-83 (ciekawe, bo wtedy się urodziłem), czyli Korg Mono/Poly, Korg Polysix i Roland Juno 60 (zdecydowanie bardziej niż Juno 106). Niestety wszystkie z nich są w cholerę drogie i rzadko spotykane, więc póki co zadowalam się późniejszymi latami 80-tymi i Dave Smith Instruments Mopho x4, który jednak bardziej kojarzy się z latami 70-tymi. Z tymi epokami to w ogóle jest ciekawa sprawa, bo w muzyce nie jestem fanem lat 80-tych nic a nic, zdecydowanie bardziej 70 i 90. Poniekąd kręcą mnie wczesne cyfry (przełom 80 i 90tych), ale raczej do innych zadań. I tak np. oprócz wspomnianych wyżej satysfakcjonuje mnie niedawno nabyty Korg DS8, choruję też na Korg Wavestation oraz dużo późniejszy moduł Roland JV1010. A wracając do analogów z lat 80tych, myślę, że Roland JX-8p byłby w sam raz, nie pogardziłbym też Alpha Juno 2, oba z nich często zestawia się ze starszymi Juno, nie mają one jednak tyle hype’u, a więc i nie osiągają takich zawrotnych cen (no i fakt, że są brzydsze, i wymagają klikania zamiast kręcenia gałkami, i jednak brzmią nieco inaczej, co nie znaczy gorzej).

48398736_mophox4dsi_nd

Powód dla którego nie posiadam już np. Mooga Minitaura lub Korga MS20mini (oba świetne) jest prosty – ciągle jestem na etapie poszukiwania i nie mogę sobie pozwolić ani na wszystkie z nich na raz, ani na trzymanie ich w mieszkaniu. Trzy parapety obecnie to i tak sporo!

W czasie poszukiwań wiele synthów odpadło nawet bez próby przetestowania, w tym Arturia Minibrute, Korg Monologue i Moog Mother 32 (ten mnie kręci, gdyby nie to, że ma jeden oscylator), czy też wszelkie nowe cyfry (pomijam Korga R3, którego miałem kilka lat, zanim mnie wzięło na synthy i traktowałem go jak czysty presetowiec w kilku projektach). Ale nigdy nie mów nigdy.

Jeśli ktoś orientuje się co nieco w syntezatorach, to myślę, że z powyższych informacji wyłania się pewien obraz moich potrzeb – analogowy monofoniczny/parafoniczny syntezator, analogowy polifoniczny syntezator i ewentualnie starsza cyfra. To mi w zupełności wystarczy i wbrew temu, co napisałem na początku raczej nie grozi mi zostanie kolekcjonerem ;). Nie zmienia to faktu, że droga przez poszukiwanie i próbowanie ich wszystkich jest fascynująca!

ps. i wbrew posiadaniu Yamahy SY-35 i Korga DS8 nie jestem raczej szczególnym fanem syntezy FM i nie marzę o DX7 🙂 ale to się może kiedyś zmienić.

Reklamy

Woods – setup sprzętowy

•16/12/2018 • Dodaj komentarz

Na początku tego roku stworzyłem nowy skład, nazywa się Woods, a prezentuje się następująco: Justyna – wokal, klawisze, cymbałki, Marcin – gitara, ja – gitara/klawisze i automat perkusyjny.

W studiu możemy wszystko, a na koncertach… prawie. I tak np. któregoś razu przyszło nam skonfigurować setup live, a przedstawiał się on następująco:

Justyna – sm58 + cymbałki + Yahama Sy-35 podpięta do lapka przez interfejs, by sterować kilkoma brzmieniami z Soundtanka, większość jednak z samej Yamahy lub blend obu (tak naprawdę ten lapek to na wszelki wypadek, nie lubię takich rozwiązań i na przyszłość będziemy się starali grać bez niego)

Marcin – Fender Jaguar made in Japan + TC Skysurfer Shimmer Reverb + Digitech Obscura Delay + Boss Fender 65 Deluxe Reverb + Marshall MG100DFX

ja – Fender Jazzmaster made in Japan + Digitech Polara Reverb + Yamaha Delay + Digitech Whammy Ricochet + Boss Tremolo + Fender M80 i do jednego numeru Epiphone Sheraton na pickupach Gibsona podpięty do Line6 Floor Pod z ustawionym oktaverem i fuzzem do zagrania na smyczkiem, wpięty prosto w PA.

Korg Volca Sample – automat perkusyjny.

Zacznę od Volci – jakże mylące mogą być podśmiechujki z tej serii na wszelkich grupach! Po sceptyzmie, a następnie udanych doświadczeniach z Volcą Keys przyszedł czas na Volcę Sample. To cyfra, ale za to taka nieco lo-fi, dzięki swojemu próbkowaniu 31,25kHz. Doświadczenie z samplerami miałem do tej pory żadne, a po obcowaniu z Volcą Sample nabrałem ochotę na coś o nieco większych gabarytach i może „normalnym” próbkowaniu. Volca posłużyła nam do grania zaprogramowanych beatów i paru dziwnych dźwięków, wszystkie pochodziły z niej samej.

Digitech Polara Reverb z shimmerem na pokładzie to w tej chwili jeden z ciekawszych przystępnych cenowo Reverbów, w dodatku oferuje wejście stereo, więc śmiało można go podpiąć do klawisza. Pojawiał się u mnie zamiennie jako shimmer i hall, bardzo bardzo wet.

TC Electronic Skysurfer shimmer to ewidentnie budżetowa pozycja i w przeciwieństwie do Polary nie ma on innych typów reverbu, a sam shimmer brzmi dość dziwnie i właśnie tak… budżetowo, na pewno nie jest to TEN shimmer, na pewno nie ten znany z efektów Strymona. W naszym chainie mix proporcji między sygnałem wet a dry był ustawiony na korzyść dry i w tym momencie można go uznać za sprawdzony.

Digitech Whammy Ricochet to jest w ogóle jakiś odpał w kosmos. Dlaczego o tym efekcie się tak mało mówi? Przyznam, że nigdy nie miałem do czynienia z tradycyjną wersją Whammy z pedałem ekspresji, ale koncept Ricochet zdaje się być nieco inny. Nie dość, że to świetny oktaver/pitcher to jeszcze posiada świetny bajer jednorazowej zmiany wysokości dźwięku o regulowanej prędkości, co z przyjemnością wykorzystałem na końcu jednego z utworów – oprócz tego na koncercie efekt był wykorzystywany jeszcze w kilku rolach.

Boss Fender 65 Deluxe Reverb to taka zapomniana trochę ciekawostka, kto by tam dzisiaj używał symulacji konkretnego pieca w kostce? Decyzja była prosta – tremolo (zwane tutaj vibratem) plus reverb plus drive w jednym, dlaczego nie? Efekt brzmi ciekawie, chociaż tremolo jest jego słabszym punktem i na pewno nie można go porównać z tremolo chociażby Bossa, który był wykorzystywany przez drugiego z nas.

I to w sumie ciekawe, że nie używaliśmy żadnego przesteru jako takiego.

IMG_0003ds

Na koniec o piecach – dwa tranzystory i naprawdę nie wiem, czy to upodobanie, czy konieczność, czy miks obu. Lubię brzmienie tego Marshalla, zwłaszcza z symulacją lampy „FDD” (cokolwiek to znaczy), która jest naprawdę udana. Nie rozumiem ludzi, którzy negatywnie wypowiadają się o tym piecu, za wzór podając którykolwiek JCM (not my piece of cake) lub valvestate, który wg mnie jest okropny. Lubię też typowy clean Fendera, które daje mi M-80 z serii red knob, choć to straszny brzydal i jest bardziej amatorskim niż inne tranzystorowe red knoby, z którymi miałem do czynienia. Czasy, gdy targałem na małe koncerty Fender Twin albo VOX AC 30 się skończyły, to zupełnie nie ma sensu.

Woods to skromny, amatorski skład, opierający się przede wszystkim na klimacie i dość niekoniecznie konwencjonalnym podejściu do brzmienia. Dla mnie setup jest idealny.

ps. W międzyczasie zagraliśmy też kilka live session z nieco innym setupem, m. in. ze mną na Korgu R3, Marcinie na smyczku, Justynie na klawiszach, i okazjonalnie mną na innym cudeńku – Yamaha Reface CP (symulacja rhodesa z kilkoma efektami na pokładzie – miodzio!). Zagrała również z nami gościnnie pewna instrumentalistka, ale o tym może innym razem 🙂

Gabi

•19/09/2018 • Dodaj komentarz

IMG_9750bd1800

Subiektywny przewodnik po trójmiejskich knajpach. O kawie speciality, piwie i nie tylko.

•03/08/2018 • Dodaj komentarz

Choć nigdy nie mieszkałem a stałe w Trójmieście, bywam tam tak często, jak tylko mogę. Moje wrażenia z tych miejsc są dość dynamiczne – kiedy wydaje mi się, że Trójmiasto mi się przejadło, odkrywam w nim coś nowego.

Poniższy wpis oparty jest głównie na lecie 2018 roku, ale przywołuje też kilka doświadczeń z lat ubiegłych. Miejsca te odwiedzałem czasem sam, czasem w mniejszym, czasem w większym towarzystwie, wiele z nich po kilka razy.

Gdańsk Wrzeszcz

Podczas moich ostatnich letnich pobytów w Trójmieście to od Wrzeszcza zaczęło się eksplorowanie nie tylko jego zakątków (dlaczego wcześniej nie trafiłem na ul. Wajdeloty?), ale i knajp, kawiarni i restauracji. Sama ulica Wajdeloty jest tak
urokliwa, że przebywanie tam daje wrażenie bycia w nieco odległych czasach i miejscu, choć trudnych do zidentyfikowania. Mam wrażenie, że nie ma tam innych ludzi niż lokalsi, tacy starsi lub nieco sponiewierani, między którymi przechadzają się… młodzi weganie, wydziarani ludzie i tacy poszukujący – a wszyscy sprawiają wrażenie miłych, uprzejmych i kontaktowych. Piękna architektura wiekowych, częściowo odnowionych kamienic i zaraz obok nowoczesne osiedle z ciemnoczerwonobrązowej cegły, nawiązujące stylem do pozostałej po browarze ruiny budynku w centru tego osiedla i powsadzane co kilka kroków stylowe knajpki powodują, że chce się tam zamieszkać, najlepiej od zaraz.

Fukafe na ul. Wajdeloty to jedna z najprzyjemniejszych kawiarni, w jakiej byłem. Głównie za sprawą wykończenia wnętrza, kolorów, mnogości detali, muzyki (gra przez alesis m1 active mk2, skąd ja to znam?), ale także kawy, parzonej metodami
alternatywnymi, do wyboru z kilku krajów (Kenya, Etopia, itd), wszystkie trzymające poziom, aczkolwiek jeśli chodzi o cold brew to nie polecam tego przygotowanego wcześniej w butelce – dużo lepiej wypada kawa z lodem zrobiona tu i teraz na bazie
takiej, jaką chcemy (nie mylić z frappe, iced latte i podobnymi okropieństwami!). Niestety nie zjemy tam nic oprócz ciast, a ja w ogóle nie jestem fanem ciast w kawiarniach, ale będąc głodnym skusiłem się na ciasto marchewkowe z… popcornem, który moim zdaniem jednak był tam zbędny.

IMG_0379

Przy Wajdeloty znajduje się jeszcze kilka miejsc typu naleśnikarnia, bar wegetariański, całkiem niezła lodziarnia i kilka innych, w które czasem trzeba lekko odbić (sklep ze starociami, który wygląda, jak w Meksyku, lokal z amerykańską kuchnią i urokliwa błękitno-turkusowa ławeczka zaraz przy straganie z owocami i warzywami – czuję się jak osobnik innej orientacji to pisząc, ale bez obaw, to kwestia poczucia estetyki). Przy samym, dość osobliwym rondzie, znajduje się fajny sklep o równie ciekawym designersko i architektonicznie wnętrzu, Nieczapla Coffee Roasters, z kawą z segmentu speciality (o ile się nie mylę, można tam też kupić kawę do wypicia na miejscu). Decydując się na zakup Etiopii i próbując Brazylii stwierdzam jednak, że piłem lepsze kawy lub raczej mój gust jednak leży bardziej w Kenyi (której w tamtej chwili nie mieli) i Columbii, którą mieli akurat w zawrotnej cenie.

Trochę dalej, a dokładniej w samym kącie galerii Metropolia znajduje się restauracja Mąka i Kawa. Wykończenie w stylu loftowym i widok na wspomniane wcześniej osiedle również powoduje, że przyjemnie spędza się tam czas. Miejsce to jest oblegane i bywa, że trzeba czekać na stolik, jednak nie więcej niż kilka minut, a podczas jednej z wizyt było nawet bardzo luźno. Mąka i Kawa oferuje głównie kuchnię włoską, a w menu do wyboru mamy tylko (lub aż) pizzę, makarony, kanapki, sałatki oraz przekąski. Obsługa jest mega sprawna, szybka i miła, jedzenie też niczego sobie (i bardzo ładnie podane), przy czym najbardziej podeszła mi kanapka Texano, na drugm miejscu sałatka, na ostatnim makaron. No i ich Margerita robi robotę! Ale jedna z rzeczy, która najbardziej mnie zaskoczyła jest piwo w ich ofercie. Nie mają jego zbyt wiele, ale pierwszą i główną pozycją jest Bytów nalewany z kija i przysięgam, że chociaż jest to lager (a wolę pils zawsze i wszędzie), to jest to jedne z lepszych piw dostępnych z kija, jakie piłem. Jako lager jest poprawny/przyjemny, natomiast swego czasu zrozumiałem, że to, co najbardziej liczy się w piwie, to jego świeżość, a Bytów taki właśnie jest, co oprócz smaku widać i czuć także w jego konsystencji. Do picia Maką i Kawa proponuje jeszcze wina i kawę – choć nie ze segmentu speciality, to jak na „zwykłą” kawę jest całkiem niezła.

IMG_0395_

Nieźle było trzeba się natupać w miejscu i nie tylko, żeby trafić do Suavemente. Trzeba przyznać, że jest to dość dziwna okolica, nie kojarząca się zupełnie z niczym, gdzie między stacją SKM, a osiedlem wyrosło kilka niskich budynków, w których w co drugim jest jakiś pub lub restauracja. Niestety nie powiem o tym miejscu zbyt wiele, poza tym, że ma miły ogródek (z tyłu, bo z przodu akurat był jakiś remont), stawia na kuchnię meksykańską (takie jest też wykończenie lokalu) i że bardzo nie polecam tam siedzieć, gdy temperatura przekracza 30 stopni. Zupa krem ujdzie (chociaż moja siostra robi o niebo lepszą), a piwo mają okropne. Może kiedyś jeszcze tam wrócę, gdyż niefortunnie moje doświadczenia tam były mocno okołoudarowe.

IMG_0420

IMG_0404

Nie bardzo odnalazłem się w (na?) Ziemi. Pub jest stosunkowo nowy, chociaż miejsce niezupełnie – przez wiele lat był tam pub irlandzki i wiele jego elementów wciąż tam widać. Gapiłem się na niego zawsze stojąc na światłach, gdy jechałem z Jaśkowej Doliny do Sopotu lub Gdyni, jednak trafiłem dopiero ostatnio (jak i na cały Wrzeszcz, który mijałem wiele lat). Plus był taki, że mieli piwo, które lubię, a największą atrakcją wieczoru był pewien dość wiekowy już Brytyjczyk (widać stały bywalec po jego dobrym kontakcie z barmankami), który w bardzo naturalny i praktyczny sposób uczył dziewczynę z dredami grać na ukulele (z kolei jej podejście do gry, jakby na przekór, było zbyt techniczne, schematyczne, zadaniowe, sztywne i przez to nienaturalne). Gdy zaśpiewał prostą, zabawną piosenkę, niczym bard, czy singer-songwriter (tutaj pomyślałem, że może być to Irlandczyk), utwierdził mnie w przekonaniu, że na Wyspach Brytyjskich wszyscy mają świetne głosy i każdy zespół polski indie by się za taki wokal zabił.

Stary Maneż, który znajduje się w nieco innej części Wrzeszcza odwiedzałem już kilka razy. Mają tam świetny klub koncertowy i restaurację/pub. A także rozległy trawnik, na którym wieczorami spędza czas mnóstwo ludzi. Kuchnia jest zupełnie poprawna /
niezła, ale piwo z ich własnego browaru Vrest jest totalną pomyłką, szczególnie lager o bardzo niezrozumiałym, „chemicznym” posmaku. Ich pils natomiast ma nutkę ipy i przyznam, że nie rozumiem tego zabiegu, ale już się z nim spotkałem w innych
trójmiejskich restauracjach – Browar Miejski Sopot i Tawerna Orłowska – o tym za chwilę.

001084400020

Gdynia i Sopot

Browar Miejski Sopot i Tawerna Orłowska zostały przeze mnie w tym roku pominięte, nie, żebym ich nie lubił, po prostu przyszedł czas na nowe miejsca (A przepraszam, jednak wskoczyłem do Tawerny w tym roku na taką sobie rybę – jednak nic nie przebije owoców morza sprzed dwóch lat!). Lubiłem je głównie za sprawą ich piwa (w obu podają piwo z Browaru Miejskiego Sopot) i menu (w obu miejscach zmienia się dość często, ale swego czasu mieli dość podobne). To tu piłem pierwsze najświeższe piwo w życiu, wybierając dwa ulubione – pils i ale. Niestety jakiś rok lub dwa lata temu postanowili zmienić nieco recepturę pilsa i dodać mu jakiś chmiel amerykański (tę informację wyciągnąłem od jednego z kelnerów, niestety inni zapewniali, że jest to to samo co wcześniej), a szkoda, bo był to jeden z najlepszych pilsów, jakie piłem, jeśli chodzi o piwa kraftowe. No i trochę szkoda, że Tawerna stawia na szanty na żywo – polecam wybrać porę niewieczorową lub taki dzień, w których szantów nie ma, bo naprawdę ciężko się tego słucha.

000744640012_

IMG_1421sh

Jeśli chodzi o Gdynię, to rzadko odwiedzam tu knajpy, ale ostatnio przytrafił się dość szczęśliwy zbieg wydarzeń. Okazuje się, że z całego Trójmiasta właśnie w Gdyni najczęściej kupuję (bo tu są w ogóle dostępne) filmy do aparatów analogowych i tak
trafiłem do sklepu przy ul. Żołnierzy I Armii WP. Gdzieś ktoś zasugerował by wpaść do restauracji indyjskiej nieopodal, jednak jej przytłaczające wnętrze, brak klimy i nieznośny upał spowodował, że wyszedłem stamtąd z samosami dla szwagra, które wziąłem na wynos (no dobra, dla siebie też, były pyszne!), odkrywając w google Mąkę i Kawę dwie ulice dalej. Przyznam, że przeszło mi przez myśl, że może nie być taka jak ta w Gdańsku, ale nie spodziewałem się, że aż tak bardzo. Ciasne, gorące wnętrze, symboliczny ogródek przy głównej ulicy i brak piwa Bytów! Ze zrezygnowaniem (i samosami na wynos) powróciłem do auta, przypomniawszy sobie, że naprzeciwko sklepu fotograficznego jest inny polecany lokal, Marmolada Chleb i Kawa (czy one wszystkie nie nazywają się zbyt podobnie?) – to jednak nie było to, czego szukaliśmy. Coś jednak sprawiło, że przeszedłem na drugą stronę ulicy i przekroczyłem próg lokalu. Przysięgam, że byłem przekonany, że wchodzę właśnie tam, tymczasem na szybie mignął mi napis „Magda Gessler”, a w środku w niezwykle przyjemny sposób „powaliła” mnie klimatyzacja, wystrój wnętrza i gablota z dość okazałymi rybami. Okazało się, że oba lokale są obok siebie i na zewnątrz niemal zlewają się ze sobą za sprawą dość podobnych ogródków. W tamtym momencie nie interesowało mnie, czy jest to lokal po „kuchennych rewolucjach”, czy restauracja Magdy Gessler (okazało się, że to drugie), ale po szybkim zapoznaniu się z menu stwierdziliśmy, że zostajemy. Cóż, ceny nie należą tam do najniższych, a i trzeba uważać na te pięknie wyglądające ryby <z całego świata>, po 30zł (i więcej) za 100 gram, a ważące często po 400-500g, które tak zachwala obsługa – chyba, że ktoś przyszedł właśnie po to. Na szczęście w menu znajduje się kilka innych interesujących pozycji i warto wybrać się tam na cokolwiek choćby raz w życiu. Puree z borowikami, stek z tuńczyka, czy choćby ogórek piklowany lub szparagi w maśle smakowo przyprawiają o zawrót głowy. Turkusowo-morski wystrój, stylowe gadżety i dbałość o najmniejszy detal we wnętrzu sprawia, że jest przyjemnie nie tylko dla kubków smakowych i żołądka, ale i oka. Nawet wizyta w łazience sprawia, że i tamtejsze doświadczenia są przyjemne, jak nigdy. Lokal nazywa się Santo Porto.

IMG_0536

Gdańsk Oliwa

Z Oliwą mam taki problem, że albo za nią nie przepadam, albo jeszcze jej nie odkryłem. Niestety Park Oliwski nie jest moją ulubioną atrakcją i niezwykle rzadko się tam zapuszczam, ale złożyło się tak, że trafiliśmy ostatnio do Oliwskiego Ratusza
Kultury na lemoniadę i podobny napój, którego nazwy nie pamiętam, ale był lepszy od lemoniady, a oba miały zawrotną półlitrową pojemność. Lokal ma sympatyczne wnętrze i równie sympatyczny ogródek na tyłach. Przemawiał do mnie tatar w menu, którego w końcu nie zamówiłem, bo kelnerka nie podeszła do nas ani razu przez jakąś godzinę (przyznaję, jakoś ciężko mi było ruszyć tyłek), po czym dowiedzieliśmy się, że lokal jest zamykany. Cóż, może następnym razem.

IMG_0421_

IMG_0436

Gdańsk Stare Miasto

Na Stare Miasto w Gdańsku nie chodziłem przez kilka lat, chyba że na moment, bo ileż można. Tak się składa jednak, że jest tam jedna z najlepszych kawiarni z kawą z segmentu speciality i paloną metodami alternatywmi, Drukarnia, którą pokazał mi rok lub dwa lata temu kolega. I tam również można sobie porozmawiać o tym, jaką i jak przygotowaną kawę się lubi i oni to lubią i coś zawsze polecą. Nie zapomnę nigdy aromatu ziaren jednej z ich kaw, którą serwowali w tamtym roku (niestety czasem te kawy się kończą i wchodzą inne), a w tym wrażenie na mnie zrobiła kawa z Panamy. No i Kenya, ale to już taki standard. Tą z Panamy można było kupić w ziarnach na wynos, ale baristka chcąc lub nie chcąc dała mi do zrozumienia, żebym kupił tą kawę bezpośrednio z palarni / u dystrybutora, choć i tak zaoferowała mi zniżkę ze względu na odległy termin pakowania kawy (w tym przypadku odległy oznaczał jakieś dwa tygodnie).  Zarówno Kenya jak i Panama charakteryzują się zazwyczaj dość dużą owocowością (owoce leśne), co osobiście uwielbiam, przy czym Panama z tej konkretnej palarni miała tych walorów zauważalnie więcej. Obie zamówiłem w aeropresie, ku aprobacie i pochwale baristki (hm, ciekawe, wcześniej był to drip, w każdym razie mega). Fajnym bajerem i ciekawostką było dołączenie czegoś w rodzaju wizytówki na temat podanej kawy (palenie, rodzaj parzenia, rodzaj kawy, itp).

Drukarnia posiada też w ofercie piwa… z Bytowa, tego samego co w Mące i Kawie, jednak tylko z butelki – są ok, ale to nie jest ta powalająca świeżość, co z kija. No i mają też zarąbiste smoothie z mango.

Wspomnianą Panamę można kupić tutaj https://www.konesso.pl/product-pol-3996-Kawa-ziarnista-JAVA-PANAMA-FINCA-LA-AURORA-NATURAL-250g.html (i to nie jest wpis sponsorowany, ale zapraszam producenta do kontaktu;)).

001084820037a_

Stare Miasto po drugiej stronie Motławy przybrało trochę na <względnie> stylowych apartamentach i… kolorach. Kolorowe beczki z kwiatami „robią robotę”, a miałem je okazje podziwiać będąc zaproszonym na pierogi do Nova Pierogova Bistro. Trafiając akurat na zmianę w obsłudze czekało się trochę przydługo (jakby kelnerki się nie zazębiły). Potwierdzam wielkość pierogów opisaną gdzieś w internetowych recenzjach jako „wypierdki”, choć smakowo prezentowały się nieźle. Nie spodobało mi się, gdy jedna z kelnerek skłamała innej klientce, że piwo, które podają jest podawane tylko lokalnie (chodziło zdaje się o Amber), które zresztą jest tak przeciętne, że swojego nie dopiłem.

Gdańsk Forum

Oho. Forum jawiło się jako wielki budowlany kloc, rosnący przez kilka lat w samym centrum Gdańska, pokryty płachtami, otoczony ciężkim sprzętem, przywołujący raczej niemiłe dla oka wrażenia, wywołujący krytyczne komentarze, aż tu nagle bęc, i jest! Choć nie jestem fanem świątyń konsumpcji, trzeba przyznać, że ktoś zadbał o to, by a) obiekt choć trochę nawiązywał do znajdującego się nieopodal Starego Miasta b) wyposażył w sklepy nie tylko takie, jak wszędzie indziej c) zadbał o mnóstwo innych detali, których w innych, zwłaszcza starszych galeriach handlowych na próżno szukać. Forum jest ogromne, pełne zieleni, a przez obiekt przepływa rzeka. Za rekomendacją, udaliśmy się na lody do Columbus Ice Cream and Cafe – ja się na lodach nie znam, ale rzeczywiście są to trochę inne (w każdym razie dobre) lody niż gdzie indziej.

Drugi taki lokal znajduje się we Wrzeszczu na chyba najmodniejszym, nowym wypasionym osiedlu w Gdańsku, Garnizonie, niedaleko Starego Maneżu, które zresztą polecam zobaczyć – na parterach apartamentów znajduje się mnóstwo ładnie oświetlonych knajpek i ogródków, a klimat wieczorem jest dość… futurystyczny.

W Forum ponadto małą ciekawostką dla lubiących wpaść na małe co nieco jest sklep i mini kawiarnia Kropek. Zaprasza nas przepiękną ladą, bogatą we wszelkiego rodzaju pączki, eklerki, tarty, ciasta, a także kanapki i sałatki. Do tego napijemy się tam kawy i zjemy lody.

001084400002

001084400014

001084400016

Ulica Elektryków

Do tej pory byłem tam tylko w dzień na zdjęcia. Impreza next time.

001020390024_

 

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa i są wykonane iphonem lub aparatami tradycyjnymi, zwanymi analogami, typu yahica fx d quartz, yashica electro gsn i olympus mju2, na negatywach i slajdach typu lomography, kodak elitechrome (przeterminowany), agfa, rollei vario chrome, w tym wywołane w cross processie.

Natalia

•21/07/2017 • Dodaj komentarz

IMG_0012_1d18

I.

•10/05/2017 • Dodaj komentarz

IMG_9334mm

M.

•09/12/2016 • Dodaj komentarz

img_8540_1ds