Nagrać płytę, stworzyć zespół…

Zapewne to nie będzie nic odkrywczego, ale coś, co dotyczy mnie i bliskich mi ludzi, współpracowników,  zaprzyjaźnionych artystów – w tej chwili, w ostatnich latach i pewnie w dalszej przyszłości również. Być może nie chcecie mi wierzyć, ale na moich oczach tworzą się rzeczy wielkie, głębokie i naprawdę warte uwagi, choć być może niszowe. Co prawda znam parę kapel i artystów, które w ciągu roku zrobią jakiś materiał, przećwiczą go w sali prób i zarejestrują na swoim sprzęcie, na który pracowali pół życia, po czym pojadą w małą trasę za zwrot kosztów. Ale oprócz nich są też tacy, którzy na codzień zajęci są pracą raczej nietwórczą, którzy mają jakąś gitarę w kącie w pokoju, czasem nawet wzmacniacz, czy parę mikrofonów, a noszą w głowach pomysły godne niejednego artysty, którym zachwyca się pół świata całymi latami. Albo mają talent wokalny i barwę taką, że 3/4 tego, co leci w radiu, wysiada. Żyjąc codziennymi problemami mają do wyboru pozostawić to na zawsze w głowie, ewentualnie nagrać na dyktafon lub peceta z marketu i puścić swojej żonie (oraz sąsiadowi, nieważne, czy chciał słuchać) lub próbować w wolnych chwilach, sporadycznie, okazjonalnie, przeznaczając na to oszczędności, korzystając ze znajomości, pożyczonego sprzętu lub sprzętu mocno budżetowego.

Czasem słyszy się, że sprzęt nie ma znaczenia… Ma. Przeciętny, mało znany, ale regularnie koncertujący w kraju zespół ma na scenie sprzęt warty średnio 5-10 tys. zł przypadający na jednego instrumentalistę, w przypadku bardziej znanych jest to 15-30 tys. Zatem gwiazda, na której jesteś koncercie często na scenie ma ze sobą sprzęt wartości nawet kilkuset tysięcy złotych, nie licząc tzw. przodów, czyli głównego nagłośnienia, które pozostaje zwkle po stronie organizatora. Jeśli młody zespół, zaopatrzony w tańsze, zazwyczaj chińskie wersje gratów do wykonania tej samej muzyki, zechce nagrać materiał lub wystąpić na koncercie, będzie musiał się liczyć – zupełnie wstępnie i umownie – z następującymi przeszkodami: a) gitary nie będą stroić, b) mikrofon będzie sprzęgał lub uwydatniał niekorzystnie wybrane pasmo, c) wzmacniacze gitarowe i basowe zabrzmią płasko lub „plastikowo”, d) maszynka od hihatu perkusji będzie wymagała dokręcania po każdym utworze, e) talerz zabrzmi jak deszcz uderzający w rynnę, a nie jak talerz perkusyjny, f) wszelkie instrumenty klawiszowe będą symulacjami fortepianu, legendarnych organów i pian, g) potencjometry od instrumentów i wzmacniaczy będą trzeszczeć lub w ogóle przestaną działać w najmniej oczekiwanym momencie, h) gitary w ogóle nie zabrzmią z powodu zamontowania w nich niskiej jakości przetworników oraz zastosowania sklejki lub, o zgrozo, tektury zamiast prawdziwego kawałka drewna. I tak dalej… To samo dotyczy studia nagraniowego. Różnica cenowym pomiędzy studiem pro, a pół pro lub domowym mówi sama za siebie, jest to zwykle 80-100zł/h w przypadku studia pro wobec 20-40zł/h za studio amatorskie. Wyposażenie takiego studia wraz z jego adaptacją akustyczną spokojnie daje się wycenić na kilka-kilkanaście milionów złotych w przypadku studia profesjonalnego wobec kilkudziesięciu tysięcy wobec studia amatorskiego / domowego. O tak, nie myślcie, że te wszystkie demowki powstają na sprzęcie wartym 1000 czy 2000zł, tyle może kosztować dopiero jeden pojedynczy mikrofon do wokalu, którego nada się do w miarę niezłej rejestracji utworu, który nie będzie wstyd puścić w radiu. Można rzec, że muzyka to biznes – tworzysz, promujesz, zarabiasz, inwestujesz – w dużym uproszczeniu. Można powiedzieć, że tani sprzęt jest dla amatorów, drogi dla profesjonalistów, wszystko ok. Ale nie bez znaczenia jest fakt, gdzie się znajdujemy. Zarówno koszt wynajęcia studiów nagraniowych, jak i sprzętu w Polsce, a zagranicą jest zupełnie różny, oczywiście na korzyść zachodu, głównie USA. A mało, że koszt, to i jeszcze dostępność. Otóż okazuje się, że nawet w XXI wieku, w którym wydaje się, że w względnie cywilizowanym kraju niczego nie brakuje, nadal zdarzają się sytuacje, że nie wszystko jest nam dane nie tyle mieć, ile móc mieć. Gdy dostępność takiego Fendera Telecastera Deluxe 72, całkiem popularnej w wielkim świecie muzyki gitary, wynosi kilkanaście sztuk na Polskę w cenie ponad 1000$, z jednoczesnym brakiem tego instrumentu z drugiej ręki, nie dość, że w Stanach można go dostać za 300$ taniej, to jeszcze na aukcjach pojawia się za 40% tej ceny (pomijam, że to dotyczy wersji meksykańskiej, przeznaczonej dla amatorów i półprofesjonalistów, bo ta sama gitara w wersji Made in USA to rzadkość wyceniana na min. 2000$. Albo taki Rhodes Piano, legendarny, popularny klawiszowy instrument z lat 70 – na rodzimych aukcjach pojawia się raz na kilka miesięcy, na zachodnich – jest dostępnych kilkadziesiąt od ręki. Koszt sciągnięcia takiego instrumentu do PL wiąże sięz koniecznością dopłacenia 30% ceny wyjściowej, co w przypadku ponad 1000$ nie jest już takie hop siup, a i często instrumenty te nie dochodzą w całości…

Zakładając, że parę rodzimych mniej lub bardziej znanych zespołów zainwestowało w sprzęt nie inny, niż ten, na który robi się muzykę na zachodzie, a to zdarza się coraz częściej, nadal polskie produkcje i koncerty wypadają gorzej, niż zachodni artyści. Jak to zwykle bywa, nawet najlepszy sprzęt niewiele da w rękach nie bardzo doświadczonego człowieka. Z jakichś powodów polskie płyty brzmią zawsze gorzej niż zachodnie, tak samo, jak koncerty są zawsze gorzej nagłośnione, co widać często na festiwalach, na których artyści występują jedni po drugich.

Czy problem dotyczy tylko początkujących / niewypromowanych artystów? Otóż nie. Np. polska grupa Hey od lat nagrywa płyty w stodołach i tego typu miejscach. Fakt, że zwożą tam masę studyjnego sprzętu, ale adaptacja akustyczna pomieszczeń w tym przypadku jest mocno względna. Inni artyści często nagrywają w domach, a dokładnie te same ścieżki znajdują się w ostatecznych miksach utworów, które potem lądują na płytach przeznaczonych do sprzedaży, jedynie niekiedy miks i mastering dokonywany jest w zewnętrznych studiach.

I na końcu jestem znów ja, już można odstawić na bok moją twórczość, ja, jako producent młodych talentów, nieodkrytych twórców i zdolnych muzyków – jak pomyślę, że gitary będę nagrywał przez cyfrową symulację za 500zł zamiast na wzmacniaczu wartym 10x w więcej, że basówka będzie chińska, a nie made in USA, że piano będzie samplowane, a nie będzie to fortepian, że nie mam harfy, ani cymbał, ale mogę je mieć z syntezatora, że mastering będzie czysto symboliczny, a nie w lokalnym studiu wyceniającym tę usługę na „jedyne” 2000zł za materiał na płytę, to mnie bierze smutek. Ci artyści najzwyczajniej w świecie zasługują na coś więcej.

Reklamy

~ - autor: drivenmad w dniu 07/07/2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: