Overdriven Group od kuchni – koncert na Bojarach

Zagraliśmy ostatnio z Overdriven Group koncert na podwórku Bojarskiego Domu Kultury w Białymstoku. Ponieważ był to nasz pierwszy koncert po dłuższej przerwie, w dodatku w tak specyficznych warunkach, wymagał nieco innych przygotowań, niż zwykle. Co więcej, był to nasz najdłuższy set (18 utworów, 1h40min) i największa publiczność, dla jakiej graliśmy (większa mogła być tylko ta z Halfway Festival, ale nie mam pewności). Z punktu widzenia gitarzysty, który obsługuje również syntezator basowy, beat z laptopa i kilka zabawek, wyglądało to następująco.

ogbojaryscreen

Zacznę od tego, że nieco intensywniejsze przygotowania wynikały z kilku faktów, w tym zmian w składzie, aranżacjach i sprzęcie, a co z tym idzie, nieco zmienionego w tym roku podejścia do grania utworów na żywo, jednak głównie na sprzęcie chciałbym się skupić. W końcu skutecznie przerzuciłem się z multiefektu na kostki, dodaliśmy też z Marcinem (z którym zmieniam się bas-gitara w zależności od utworu) przester do basu (little bear rattack, czyli fajna kopia proco rat, używany m. in. The End in Slow Motion i spontanicznie w Arsenal, a także w jednym z nowych kawałków który mieliśmy w zapasie – maybe next time!). Multiefekt zresztą też zabraliśmy na wszelki wypadek, ale nie został nawet podłączony. Ponieważ część efektów gitarowych kupiłem w ciągu ostatniego miesiąca, niektóre dosłownie kilka dni przed koncertem, pojawiła się (dość oczywista) kwestia ich okablowania i zasilania. Zamiast ponosić kolejne koszty, odkopałem pudełko ze starymi uszkodzonymi kablami jack-jack, które nazbierały mi się przez lata i dzień przed koncertem zlutowałem jakieś 5-6 sztuk krótkich i długich kabli. Mimo, że było ich w sumie jakieś 15, wystarczyło na styk. Z zasilaniem nie wyszło tak różowo – kilka dni przed koncertem zamówiłem zasilacz do 4 efektów, dysponując wcześniej dwoma pojedynczymi. Niestety utknął w paczkomacie nadawcy, dlatego w ruch poszły 4 baterie alkaliczne 9V (szybka wizyta w galerii handlowej i choć to oczywista oczywistość, w bi1 chodzą one nawet 5zł taniej niż w media markt). Łańcuch efektów przedstawiał się następująco: chaoss fuzz (polska kopia fuzz factory) – kaczka vox – dark matter distortion – line6 echo park. Na końcu mieliśmy wpiąć jeszcze tremolo bossa pożyczone od Rafała z Ocean of Noise, ale w ostatniej chwili okazało się, że dzięki uprzejmości Jacka ze Stage Backline będę miał piec Fender Reverb Deluxe, na którym robiliśmy ostatnio próby, który posiada tremolo i reverb i przyznam, że to rozwiązanie mi się bardzo podoba i pasuje mi w muzyce Overdriven Group. Korzystałem zresztą z niego już wcześniej na piecu Fender 68 Custom Twin Reverb i Vox Ac30. Co do Fendera Deluxe Reverb, na początku wywarł na mnie raczej słabe wrażenie, trzeba przyznać, że nie jest to taki piec plug and play, jak np. Hot Rod i wymaga oswojenia i pewnych ustawień. Wydaje mi się jednak, że udało mi się go ukręcić z zadowalającym efektem. Z efektów do dyspozycji miałem jeszcze mój ulubiony Yamaha Delay z lat 80tych, który brzmi cieplej niż nie jedno dzisiejsze emulowane analogowe echo, odpowiadający za wszelkie hałasy i dziwne dźwięki w kilku naszych utworach, ale z jakichś powodów nie zdecydowałem się go wpiąć (i tak miałbym problem z zasilaniem), skupiając się na echo park (co miało swoje wady i zalety). Początkowo za piece miały nam posłużyć dwa comba tranzystorowe, Marshall i Fender red knob z lat 80-tych, jednak, co tu dużo mówić, efekty na lampie zachowywały się inaczej i ten dźwięk mi odpowiadał na próbach. Te combo Fendera i tak zresztą ze sobą zabraliśmy i wzięło ono udział w koncercie – zagrałem na nim jedynie (!) solówkę na gitarze Epiphone Sheraton z pickupem Gibson P-94 przy gryfie w utworze Hurricanes – ta sama gitara, i pickup, które pojawiły się w tej partii w oryginalnym nagraniu na epce Cosmic (takie rozwiązanie było podyktowane m. in. aranżacją i składem – w ten sposób zagraliśmy Hurricanes chyba pierwszy raz tak blisko oryginału, wcześniej musieliśmy iść na nie zawsze służące końcowemu efektowi kompromisy). Sheraton był podłączony przez cały koncert do tranzystorowego comba Fendera bezpośrednio z ustawionym dość mocno wbudowanym pogłosem i nie był używany w innych utworach. Jeśli chodzi o kaczkę Vox, z tym też wiążę się dość fajna historia. Wszedłem w jej posiadanie kilka dni przed koncertem i niestety, ścinanie wysokich tonów na bypassie mnie zabiło (szeroko znany problem w wielu kaczkach). Dzień przed koncertem wieczorem napisałem ogłoszenie na jakiejś lokalnej grupie na facebooku, z pytaniem, czy ktoś może zrobić dość popularną modyfikację true bypass, która eliminuje ten problem, jednocześnie nie wierząc, że to się uda w takim krótkim czasie. Dostałem wiadomość prywatną od jakiegoś gościa, żebym skontaktował się z niejakim Marazzmatic poprzez FB. Szybka wymiana wiadomości wieczorem i następnego dnia w okolicach 15 pognałem na drugi koniec miasta, w jakieś industrialne okolice, by oddać mu tą kaczę do modyfikacji. W międzyczasie nie dość, że odebrałem okładki limitowanej edycji naszej ostatniej płyt z drukarni (przygotowanej specjalnie na koncert), to jeszcze sam musiałem poskładać je w całość (było za mało czasu, by zamówić full service w firmie, która zajmuje się tym na co dzień). Kaczkę odebrałem po 16 w drodze na próbę dźwięku na 17… Działała aż miło. W ten oto sposób zagrałem koncert na całkiem fajnym setupie, choć już teraz wiem, że część pedalboardu przy następnym koncercie będzie nieco zmodyfikowana.

Co do gitar, główną gitarą był Fender Telecaster Deluxe, na której zagraliśmy z Marcinem większość kawałków. Moja opinia na temat tej gitary to wyłącznie ochy i achy, ale w skrócie, w tym konkretnym przypadku, w muzyce Overdriven Group, ten telecaster z dwoma humbuckerami wide range na pokładzie zapewnia bardzo ładne cleany (słychać to w nowych, elektronicznych kawałkach, które w połączeniu z delayem gra Marcin), ale też konkretnie się przesterowuje, czego nie mogę powiedzieć o wielu Fenderach na singlach. Oprócz telecastera miałem przepięknego, cudownego Fendera Jaguara, z którym zaliczyłem wpadkę – na powietrzu puścił mu strój, a my nie mieliśmy podłączonego tunera do pedalboardu (lekcja na przyszłość, czy raczej kolejne koszty…), co prawda mieliśmy kieszonkowy tuner, ale nie sprawdził się on tak jak sprawdzał się tuner choćby w multiefekcie. Przed koncertem chciałem go podłączyć do fx out pieca, gdy się okazało, że ten piec nie posiada pętli efektów! A potem przepinanie kabli, wskazówka tunera lata jak szalona (jaguar jest wrażliwy na artykulację, a w nerwach to wiadomo…), więc odpuściłem i w rezultacie odstawiłem Jaguara z powrotem i sięgnąłem po niego dopiero, gdy wyszliśmy na bis, w utworze Dissolved, którego bez Jaguara obecnie sobie nie wyobrażam (tym razem z szybkim nastrojeniem nie było kłopotu). A z tym strojeniem to jest tak, że naprawdę warto mieć swojego technicznego / guitar tech’a, którego jeszcze jakiś czas temu mieliśmy i był to Marcin, który po zmianach w składzie stał się jednym z nas. Sheratona poza wspomnianą jedną partią postanowiłem póki co odstawić z trzech powodów: 1. bo tak, 2. bo puszcza strój bardziej niż np. tele, 3. bo jest mniej wygodny niż tele czy jaguar. Jednak z pickupem Gibson Classic 57 pod mostkiem i wspomnianym P94 to nadal moja najmocniejsza gitara, jeśli chodzi o sygnał i sustain (!). Przy nim sustain w Jaguarze to ultra krótkie plum (swoją drogą, chowając się na gibsonowskich konstrukcjach nigdy nie rozumiałem zachwytu nad ich sustainem… dopóki nie spróbowałem fenderów;)).

Z pozostałego sprzętu używaliśmy syntezatora KORG R3, na którym grałem partie basu w kilku utworach, komputera podłączonego przez prosty interfejs, z którego wyzwalaliśmy loopy w sumie w 5 utworach i Korg Kaoss Pad obsługiwany przez Patrycję, przez który leciał jej drugi mikrofon (oba to beta 58 shura). Ponieważ z wyjątkiem syntezatora nie dorobiliśmy się na to wszystko stojaków, statywów, itp., staramy się prosić w riderach o cokolwiek, na czym moglibyśmy postawić te rzeczy – tym razem były  to skrzynki, palety i wielkie dziwne okrągłe przedmioty po kablach, których nie potrafię nazwać (och ten podwórkowy klimat Bojar!) – wszystko spełniło swoją rolę. Nie wiem dlaczego mój piec do tej pory zawsze stał na ziemi w normalnej pozycji (jedynie na HF miałem go pod kątem, bo tak ustawiła ekipa), to jest totalna głupota, w każdym razie wyciągnąłem lekcję z poprzednich koncertów i piec stał na podwyższeniu, na wysokości gitary. Za to tym razem nie przemyślałem odległości laptopa od syntezatora. Dwa utwory wymagały wyłączenia loopów w tym samym momencie, w którym przestaję grać i choć mi się to udało, wymagało rozciągnięcia obu rąk na całą szerokość, co pewnie wyglądało nieco zabawnie… Przy okazji, o ile nowe utwory gramy wyłącznie z loopami, te dwa stare, w których pojawiły się loopy na ostatnim koncercie, dawniej leciały z wcześniej przygotowanych wyliczonych, oryginalnych tracków. Granie na loopach jest o tyle lepsze, wygodniejsze i z zasady „szlachetniejsze”, że umożliwia improwizowanie i wydłużanie końcówek w razie potrzeby, z czego chętnie korzystaliśmy, zwłaszcza w tych nowych kawałkach, które jeszcze nie mają stałej formy (wybacza też pomyłki, ale te nam się ostatnio nie zdarzyły).

Nasz klawiszowiec, Krystian, na ten koncert również zdecydował się na małą zmianę – przerzucił się z Norda Electro czy na Nord Stage. Ale więcej o tym musiałby sam opowiedzieć. Adam zagrał na fajnym zestawie yamahy i on również dorzucił ostatnio nowy element, jazzową blachę, 22-calowy ride Zildjana. Co ciekawe, koncert nagłaśnialiśmy sami, mając do dyspozycji jedynie dwa komplety mikser + kolumny aktywne, z czego jeden z nich poszedł na odsłuchy.

Sama scena podwórkowego Domu Kultury na Bojarach okazała się wystarczających rozmiarów (dla nas właściwie w sam raz, granie na mniejszych to przy naszym setupie totalna masakra), z bardzo efektownymi światłami i dymem obsługiwanymi przez Łukasza Krysiewicza (i tu jeszcze dodam od siebie, że odnaleźć się w tych światłach i dymie w gąszczu kabli i sprzętu na scenie, zwłaszcza przy takiej muzyce i częstych zmianach gratów, przepięciach, kręceniach gałkami, itp, w porównaniu do grania w sali prób, to nie lada wyzwanie!).

Inicjatywa i idea Bojarskiego Domu Kultury – mega sprawa. Sytuacja, w której sporo ponad 100 osób zbiera się w zabytkowej dzielnicy miasta by posłuchać muzyki i obejrzeć mini widowisko, przy wsparciu otoczenia i sąsiadów, jest warta powtarzania, mówienia o niej i nagradzania. Brać w tym udział – jeszcze bardziej mega.

Bart

ps. zdjęcia z koncertu można obejrzeć tutaj: https://www.facebook.com/Bojary/photos/?tab=album&album_id=1046631442124300

 

Reklamy

~ - autor: drivenmad w dniu 01/09/2016.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: